ikona facebook ikona instagram ikona youtube

Brazylia - Tajemnica Wiejskiej Dżungli

Brazylijska dżungla to prawdziwy cud przyrody. To tu można zobaczyć najbardziej nieprawdopodobne gatunki roślin i zwierząt, to można zobaczyć jedne z największych na świecie wodospady i... dwukolorowe rzeki. Ale tu można też być pogryzionym przez piranię, albo... zjedzonym przez aligatora. Raj czy piekło?

Kiedy już trafi się do Brazylii, trudno odmówić sobie zwiedzenia zarówno dumnego Rio de Janeiro jak i brazylijskiej dżungli. Bo z każdego z tych miejsc zostają inne, ale równie
ekscytujące wspomnienia. Będąc w Brazylii nie można pominąć Wodospadów Iguazu - słynnych 272 katarakt na jednym z dopływów rzeki Parany.

Wodospady jak wieżowce
Do miejscowości Foz de Iguazu, polecieliśmy z Rio de Janeiro. Droga lotnicza to najskuteczniejszy środek transportu w tym ogromnym i wciąż nie zawsze dostępnym kraju. Tylko tak można szybko dostać się do owych katarakt na Paranie, z których kilka sięga nawet 80 metrów wysokości. Lądujemy z Foz. Tego wieczoru jest akurat pełnia
księżyca. Przejeżdżamy nocą przez granicę z Argentyną, aby zdążyć nad wodospady, tak niecodziennie oświetlone. Już z daleka słychać było szum wody. Hucząc niesamowicie, spada ona z impetem kilkadziesiąt metrów w dół, tworząc srebrzystą mgiełkę. Światło księżyca załamuje się na wodzie w taki sposób, że w środku nocy powstaje delikatna wielobarwna tęcza. Nieprawdopodobne. Patrząc na to magiczne zjawisko, myślałam o potędze przyrody. W ciągu jednej sekundy spada woda, jaka zapełniłaby sześć basenów olimpijskich. Średnio jedenaście tysięcy metrów sześciennych na sekundę. Wodospady Iguazu są tak urzekające, że wiele osób ogląda je nie tylko z lądu, ale też z wody i powietrza. Lot helikopterem pozwala na zobaczenie 272 katarakt, ogromnego, zielonego
terenu dżungli, ciągnącego się aż po horyzont oraz cudu współczesnej inżynierii – ogromnej tamy Itaipu, której osiemnaście turbin daje energię o mocy 12 tys. 600 megawatów, zaopatrując w energię cały Paragwaj i znaczną część Brazylii. Ale potęgę Iguazu widać jeszcze lepiej, kiedy małym pontonem podpływamy pod jeden z wodospadów. Aparaty i kamery chowamy, owijając szczelnie w worki foliowe. Już
kilkanaście metrów od kaskady dopada nas chłodna bryza, która w tropikalnym klimacie jest szalenie przyjemna. Przewodnik, który opowiada o mijanych kataraktach, nagle pyta: - Chcecie podpłynąć jeszcze bliżej? Macie ochotę na kąpiel? Wbrew zdrowemu rozsądkowi wszyscy, bez względu na wiek i narodowość, krzyczą „Taaak!” Sternik wykonuje zwrot i... wpadamy prosto pod ścianę wody. Prosimy, aby powtórzył woltę jeszcze kilka razy.

Wodna autostrada
Równie ekscytująco wyglądają wody innej wielkiej rzeki Brazylii - Amazonki. W jej pobliżu mieszka wiele okazów zwierząt, takich jak tapiry, kapibary, nutrie, jaguary, szopy. Mieszka tu też kilkaset gatunków ptaków w tym kolorowe tukany i ponad tysiąc czterysta gatunków motyli! Niektóre o skrzydłach wielkich, jak ludzkie dłonie. Nie bez przyczyny Amazonia nazywana jest „ostatnią nieopisaną stroną Księgi Rodzaju”. To chyba słuszne stwierdzenie, biorąc pod uwagę fakt, że zielone lasy równikowe zajmują ponad siedem milionów kilometrów kwadratowych i są największe na świecie! O Amazonii mówią cyfry. Z prawie półtora miliona gatunków zwierząt, jedna dziesiąta żyje właśnie tutaj. Z prawie 300 tysięcy  gatunków roślin, aż 90 tysięcy rośnie też tutaj. Samych tylko roślin kwiatowych jest w amazońskiej dżungli około 55 tysięcy gatunków, a niektóre mają rekordowe rozmiary. Na
przykład liść lilii wodnej osiąga 2 metry średnicy, więc można by na nim posadzić nie tylko Calineczkę, ale i niemowlaka. Każdy pokornieje, gdy widzi tutejszą faunę i florę. Pokornieje też, gdy widzi tę wyjątkową rzekę naszej planety,jaką jest Amazonka. Tylko na terenie Brazylii ciągnie się ona na długości około 6,5 tysiąca kilometrów. To największa na świeciewodna autostrada, na której znajdują się stacje benzynowewszystkich znanych światowych koncernów naftowych,restauracje oraz przystanie dla różnego rodzaju „taboru”, gdyż po Amazonce pływają, od niewielkich łódek, po ogromne statki pasażerskie, a nawet gigantyczne, liczące kilkadziesiąt metrów długości promy, przewożące po kilka TIR – ów. Obciążone ładunkiem samochody, niemal zatapiają prom tak, że prawie w ogóle nie widać burty i ma się wrażenie, iż te auta suną po tafli wody. Najsłynniejszą tutejszą formą transportu są biało -niebieskie dwu- lub trzypoziomowe łodzie, z kajutami albo z przestrzenią pozwalającą na swobodne rozwieszenie hamaka, gdyż często taka podróż trwa kilka dni...

Kolacja z piranii
Patrzę na Amazonkę, która na wysokości Manaus ma 18 kilometrów szerokości, poniżej przy miejscowości Belem aż 45 kilometrów, a przy ujściu do Oceanu dochodzi do 300km! „I pomyśleć, że to ta sama potężna rzeka, pławna na 3900 km w głąb lądu, która w Peru, na wysokości Arequipy jest tylko niepozornym strumieniem…”. Ale to właśnie w okolicach
Manaus Amazonka jest najciekawsza. Tutaj zaobserwować można bowiem zjawisko połączenia się dwóch rzek: Rio Negro i Solimoes, jakie ze względu na odmienną gęstość i temperaturę nie mieszają się ze sobą. Płyną tak różne obok siebie w tym samym korycie na długości 7 kilometrów. W wielu dorzeczach Amazonki żyją aligatory i piranie. Mało kto jednak wie, że z 40 gatunków piranii tylko kilka jest mięsożernych. O ile nie mamy zadrapań lub skaleczeń, możemy zaryzykować kąpiel, bo ostre zęby tych ryb nic nam nie zrobią. A ostre są do tego stopnia, że do dzisiaj wyrabia się z nich nożyczki, służące zarówno do strzyżenia włosów, jak i przecinania sznurów. Piranie top także miejscowy przysmak, przyrządzany na 365 sposobów. Połów jest szalenie prosty. Wystarczy kijek, żyłka i haczyk z kawałkiem mięsa. Nawet początkujący wędkarz, łowiąc we właściwym miejscu, może złapać kilka ryb. Ja nie miałam szczęścia, ale koleżanka co dwie, trzy minuty wyławiała kolejne sztuki. Upieczone w głębokim oleju, smakowały wybornie z
plackiem z manioku. Innym równie groźnym zwierzęciem zamieszkującym amazońską dżunglę są aligatory. Mimo to nasz przewodnik Paulo zaproponował, że pokaże je nam z bliska. Wypłynęliśmy na rzekę po zmroku, wyposażeni w latarki. Nasza łódka nie była duża, ale na szczęście stabilna. Paulo świecił latarką prosto w skrzące się na czerwono ślepia aligatorów. - Zaraz jakiegoś złapiemy - powiedział podekscytowany. Przeleciał nas dreszczyk emocji, ale też i strach. Do czego by doszło, gdyby łódź się jednak przewróciła? Przecież zewsząd spoglądały na nas oczy aligatorów. Bezszelestnie podpłynęliśmy do brzegu. Paulo cicho wysiadł z łodzi, znieruchomiał i błyskawicznie zanurzył rękę w błotnistej wodzie... wyjmując około metrowej długości aligatora. - Nie jest groźny, bo to jeszcze dziecko - uspokajał nas, demonstrując zdobycz. „Może to dziecko nie jest groźne, ale gdyby w okolicy była matka...” – pomyślałam i  wołałam nawet swojej myśli nie kończyć. Poza tym skąd Paulo wiedział, gdzie go szukać?

Pręgierz niewolników
Będąc w brazylijskiej dżungli, odwiedziliśmy też wioskę „caboclos”, będących potomkami Indian i Portugalczyków, których głównym źródłem utrzymania jest rybołówstwo, uprawa
manioku oraz pozyskiwanie naturalnego... lateksu. Z gumy kauczukowej Indianie wykonują lalki, portfele, torby i naturalnie świetne piłki. Wioska „caboclos” to maleńkie skupisko ludzkie w porównaniu z Salvador de Bahia, pierwszą stolicą Brazylii. Żeby
się do niej dostać, znowu trzeba skorzystać z samolotu. Miasto założone w 1549 roku i położone nad Atlantykiem przypomina XVI-wieczną Lizbonę z jej wąskimi domami o
niezwykle barwnych fasadach wzdłuż wąskich, krętych, brukowanych uliczek. Miasto zamieszkałe dziś głównie przez ludność afro-brazylijską ma wyjątkowy klimat. Wszystko, począwszy od gastronomii i muzyki, a na religii skończywszy, jest tutaj wyjątkowe... Na ulicach można zobaczyć „bahianas”, czyli kobiety z Salvador de Bahia, ubrane w wykrochmalone, koronkowe suknie. Damy te jako żywo przypominają tęgą Żanuarię z brazylijskiej „Niewolnicy Isaury”. Spacerujemy po słonecznym „pelourinho” w sercu miasta.
Pelourinho to nazwa wywodząca się od słowa „pręgierz”, który był tu ustawiony na największym targu niewolników. Dziś po okrutnym i smutnym epizodzie brazylijskiej historii pozostała jedynie nazwa. Miasto utrzymujące się niegdyś z uprawy kawy, kakao, trzciny cukrowej, tytoniu i bananów, przyciąga obecnienie powtarzalnym urokiem i wieloma wspaniałymi miejscami z afro-brazylijską muzyką. Dobiega ona z wielu restauracji,
kawiarni i domów. Gdy odwiedzaliśmy to miejsce, akurat trwały obchody dnia niepodległości, podczas których wszystkie szkoły muzyczne paradują, prezentując swój repertuar. Dominują bębny, tworzące większość w każdym zespole. W jednym z zespołów naliczyłam ich aż 17! Przysiadłam więc w jednym z „chodnikowych” barów i sącząc „caipirinhę” przysłuchiwałam się arcyrytmicznej muzyce bębnów. „Czas mógłby się teraz
zatrzymać” - pomyślałam... Majka SZURA
05.10.2001

Podróżuj Bezpiecznie